Facebook Pixel
  • Home
  • Blog Phenomé
  • Wiosenne słońce, nasz przyjaciel i wróg. Zobacz jak z niego korzystać

Wiosenne słońce, nasz przyjaciel i wróg. Zobacz jak z niego korzystać

Słońce. Pojawia się i od razu poprawia nastrój. Potrafi być jednak zdradliwe, o czym aż za dobrze wie nasza skóra. Jak jej nie zaszkodzić? Unikając tych 3 błędów, jakie popełnia większość Polek. 

las2

Wiosną nie tylko zakochujemy się najłatwiej (jak dla jednego z portali randkowych odpowiedziało aż 85 proc. respondentów), ale i czujemy się lepiej. Jest to zasługą promieni słonecznych, które dodają energii, ale też mają właściwości lecznicze. Badania nad nimi już sto lat temu zostały nagrodzone Noblem i dziś helioterapia z powodzeniem wykorzystywana jest do leczenia niektórych form depresji sezonowej. Przede wszystkim jednak promieniom UV zawdzięczamy syntezę arcyważnej dla nas witaminy D

Wszystko to sprawia, że już w pierwsze ciepłe dni wiosny większość z nas – złakniona światła – wystawia twarz do słońca. 

Błąd pierwszy: nie doceniamy wiosennego promieniowania UV

Skończyły się czasy łagodności: globalne ocieplenie przyniosło zaostrzenie klimatu. Dawne nieśmiałe wiosenne światło zostało zastąpione przez promieniowanie, które często nie ustępuje letniemu. Co ma swoje plusy: dzięki temu szybciej poprawia się nam odporność. Syntezowana w ostrym, wiosennym słońcu witamina D sprawniej wzmacnia układ immunologiczny, który chroni nas przed chorobami. Nie tylko infekcjami. Prowadzone niedawno badania nad pandemią wykazały na przykład, że wysoki poziom witaminy D zmniejsza ryzyko zakażenia SARS-CoV-2. A jeśli do niego dojdzie, to przebieg COVID-19 jest znacznie lżejszy. Taki sam związek obserwuje się w przypadku chorób nowotworowych, ale i depresji czy osteoporozy. Zapadalność na nie i ich przebieg niemal zawsze są skorelowane z poziomem witaminy D. 

Ale, ale. To jednak nie znaczy, że teraz powinniśmy radośnie łapać każdy promień słońca. Nawet ono ma swój cień: w dużych dawkach promieniowanie UV jest zwyczajnie niebezpieczne dla skóry. Tak, tak: także wiosną. 

Błąd drugi: stosujemy za słabe filtry przeciwsłoneczne UV

Lista grzechów słońca jest długa: może prowokować pojawienie się fotodermatoz, zaburzeń barwnikowych (takich jak plamy czy bielactwo), może wywołać fotoimmunosupresję objawiającą się m.in. opryszczką wargową, czy prowadzić do fotouczuleń. Ma wpływ na rozwój raka skóry. Ktoś powie: no tak, ale wymienione dolegliwości nie zdarzają się każdemu. Owszem. Jest jednak jedna zmiana, którą słońce serwuje wszystkim po równo: to przyspieszone starzenie się skóry. Jego efektów nie widać od razu, ale pojawiają się nieuchronnie. Dzieje się tak, gdyż promienie UV niszczą komórki naskórka i zakłócają syntezę kolagenu i elastyny. Skóra staje się szorstka i nierówna, szarzeje, wiotczeje i zaczyna się marszczyć. Szacuje się, że nawet po jednym sezonie słonecznym bez zabezpieczenia możemy wyglądać o 10 lat starzej! Najlepiej widać to porównując ciała kobiet różnych kultur: tych przez całe lata ukrywających się pod burkami i tych swobodnie korzystających z kąpieli słonecznych. Różnica jest kolosalna. 

Co najciekawsze, w Polsce świadomość działania słońca na skórę jest spora. Mimo to większość z nas, jeśli nawet używa kremu z filtrem, to o niskim faktorze, SPF 10 czy 20. Za niskim, żeby odpowiednio zabezpieczyć skórę przed promieniowaniem UV, tłumaczy Angelika Sochacz, kosmetolog marki Phenomé. Zauważalna ochrona zaczyna się od filtra 30 SPF, przy czym „trzydziestkę” stosujemy tylko w mało nasłonecznione miesiące, jesienią i zimą. Od pierwszych dni wiosny do jesieni zaleca się stosować kremy z filtrem 50 SPF

Błąd trzeci: kremu z filtrem SPF nakładamy za mało

Żeby naprawdę uchronić skórę przed niszczeniem, krem z filtrem musimy nakładać codziennie. Najlepiej rano, a w ciągu dnia jeszcze ponowić aplikację. Niestety, mało kto z nas nakłada tyle ochronnego kremu, aby rzeczywiście zapewnić skórze zalecaną fotoprotekcję, uważa Angelika Sochacz. Ile powinnyśmy nakładać filtra? Według Komitet Naukowy ds. Bezpieczeństwa Konsumentów działający przy Komisji Europejskiej (SCCS) odpowiednia ilość to 2 mg na centymetr kwadratowy skóry. Zakładając, że twarz ma średnio 565 cm2, wychodzi nam na nią 1,13 g produktu. To tyle co zawartość połowy łyżeczki lub pasek kremu wyciśniętego z tubki na długość 10 cm. Podana ilość jest oczywiście szacunkowa – zależy od gęstości kosmetyku i rodzaju zawartych w nim filtrów UV. Inną gęstość mają filtry chemiczne (to te, które wnikają w skórę wraz z kremem), inną fizyczne, czyli mineralne (są cięższe), a których zadaniem jest odbijanie światła. Wybór protekcji jest sprawą osobniczą, kluczowa jest jej wartość SPF, powinna być jak najwyższa. Ma nas zabezpieczyć na spacerze, ale i gdy siedzimy zamknięci w domu. Szkodzi nam bowiem nie tylko światło na dworze, ale i to docierające do nas przez szybę (UVA, UVB), a nawet to emitowane przez urządzenia elektryczne – lampy i monitory komputerów (IR, HEV). One też, co wiemy od niedawna, działają niszcząco na komórki skóry.

Wróćmy do witaminy D, czyli jak zjeść ciastko i mieć ciastko

Czy jeśli jednak zaczniemy stosować fotoprotekcję, i to zgodnie z zaleceniami specjalistów, to czy nie wstrzymamy w ten sposób produkcji witaminy D? Do niedawna tak się mówiło: to twój wybór, albo mocne kości i odporność, albo twarz bez przebarwień. Nowe badania wykazują jednak, że witamina D tworzy się nawet podczas stosowania kremów z filtrem UV. Najwięcej jej powstaje, gdy użyty krem hamuje promienie UVA, a przepuszcza promienie UVB. https://www.alphagalileo.org/en-gb/Item-Display/ItemId/178632 https://onlinelibrary.wiley.com/doi/abs/10.1111/bjd.17888?af=R&. Ale nawet gdyby krem dokładnie blokował promienie UVB (to one grają główną rolę w syntezie witaminy D), to i tak udałoby się ją wyprodukować w skórze. W praktyce bowiem nie ma możliwości całkowitego zabezpieczenia się przed słońcem. Mało kto kosmetykami fotoprotekcyjnymi pokrywa całe ciało i powtarza to co 2-3 godziny, pilnując miejsc, z których filtry ścierają się najszybciej (np. z dłoni czy z nosa). A żeby doszło do powstania witaminy D w ciepłe dni wystarczy kwadrans (15 minut!) w porze najsilniejszego nasłonecznienia. Owszem, to mało na zrobienie witaminowych zapasów, ale i tak nie da się ich przechować dłużej niż 3 miesiące. Wszystkim z naszej szerokości geograficznej od jesieni do wiosny zalecana jest suplementacja. 

Co ciekawe, proces syntezy witaminy D najszybciej przebiega u osób o jasnej, nieopalonej skórze – czyli u tych stosujących kremy z filtrem. Osoby z ciemną karnacją lub spieczone słońcem witaminę D syntezują znacznie trudniej.

Wnioski: kremy z filtrem 50 SPF warto stosować od pojawienia się pierwszych promieni słonecznych. Nie blokują tworzenia witaminy D, a są najlepszą profilaktyką przeciwstarzeniową. Nie bójmy się, że przez fotoprotekcję z urlopu wrócimy białe, jakbyśmy nigdzie nie były. Nawet wysoki filtr nie zablokuje skóry przed nabraniem złocistego brązu, który jest najbardziej pożądanym odcieniem skóry, opali nas wiatr i powietrze. A krem z filtrem kosztuje grosze w porównaniu z zabiegami, na które pójdziemy jesienią, żeby naprawić szkody wywołane przez jego niestosowanie.